Naznaczony (4)

Z dworca w Świnoujściu szli piechotą. Studenci historii z Gdańska. Na tę wędrówkę każdy z nich wybrał się w innym celu. Nazywało się to podróżą badawczą. Nie musieli brać z sobą nikogo z kadry. To była ich inicjatywa. Była to dobra kompania, choć znali się tylko z uczelni. Tylko Amandus był ze swoją dziewczyną. Kawałek drogi trzeba było iść do Ahlbecku po niemieckiej stronie Uznamu. Plecaki im ciążyły, na szczęście byli już na miejscu. Teraz pociągiem do Stralsundu – Strzałowa. Przed nimi wyspa Rugia.
– „Përznã z bòkù òd flachù pòmòrskò-niemiecczich biôtków, sedzącë na niedoprzińdnym òstrowie, kaszëbsczi lud Rujanów, to je Ranów, trzimôł starżã nadmòrską Pòmòrsczi” – Amandus czytał swojej dziewczynie fragmenty z Aleksandra Majkowskiego. Siedzieli na starym rynku w Strzałowie i patrzyli na dziurawe dachy gotyckich kościołów przerobionych za czasów NRD na magazyny.
– A ten Majkòwsczi to „Historię Kaszubów” po kaszubsku napisał?
– Nie, to akurat po polsku.
– Tak mi się wydawało. To czemu to tłumaczysz?
– Bo chciałem w tym miejscu usłyszeć język kaszubski. Wiesz, że w średniowieczu to byłoby normalne. Przechodzilibyśmy obok kościoła Świętego Mikołaja, patrona rybaków i marynarzy, a wokoło rozbrzmiewałaby kaszubszczyzna.
– Gdzieś ty się tego naczytał?
– No naprawdę!
– Nie musisz szpanować tym swoim kaszubskim.


Amandus udawał, że tego nie słyszy. To już za długo trwało, a jakoś dziewczyna nie chciała zaakceptować tego, kim był. Przyjadą do domu i pewnie skończy tę znajomość. Jeszcze tylko parę dni. Ileż można słuchać, że jest się innym? Nie, z tej mąki chleba nie będzie.
– Patrzcie, tu są! – Przyjaciele znaleźli zagubioną parkę.
– No to co? Jutro rano ruszamy na Rujan!
– Polacy zwyciężą!
– Ja będę bronił wyspy przed wami, wy piraci.
– Jako Kaszuba?
– Jako Jastarnik!
– Cicho! A to prawda, że w tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym Jastarniaków wywieziono na Rugię?
– Tak, to prawda. Niemcy uciekali przed Ruskimi i pakowali swoich na statki. Na przykład na Gustloffa. Nas, Jastarniaków, też, ale na szczęście na inne okręty. Naszych wywieźli do Danii, Cuxhaven i na Rugię.
– Bo byliście Niemcami.
– Nie, byliśmy Kaszubami.
– Przecież to to samo.
– Ty, jak ci zaraz walnę!
– A ja chciałem dowiedzieć się czegoś więcej o tym czasie. Amandus, opowiedz nam.
– Powiem, co wiem. W książkach raczej za wiele nie znajdziecie. Trochę się naszych ludzi pytałem, ale oni nie za bardzo chcą opowiadać. Wszystko zaczęło się zimą, na przełomie czterdziestego czwartego i piątego, kiedy ruszyli Ruscy i właśnie dotarli do dawnych granic Niemiec. Z Prus Wschodnich, Gdańska i przedwojennego „korytarza” uciekało przed Armią Czerwoną jakieś pięć milionów ludzi. Wojsko też. Mówi się, że w ostatnich miesiącach wojny, od stycznia do maja, na naszym półwyspie było od stu czterdziestu do dwustu tysięcy niemieckich żołnierzy i około pięćdziesięciu tysięcy cywilów. Wszystkie łodzie, które mogły utrzymać się na wodzie, wykorzystano w tej akcji.
– No tak, ale dlaczego Niemcy nie zostawili w spokoju mieszkańców Półwyspu Helskiego?
– Tego nikt nie potrafił mi wyjaśnić. Jedni mówili, że chcieli sami uciekać. Wiele złego słyszeli o Ruskich. To się tak nawet u nas do dziś mówi: czart znaje Rusa. Dlatego może lepiej było w tym pierwszym momencie wyjechać. Ludzie opowiadali, że nawet Polacy, którzy mieszkali w Jastarni, a nie zostali w trzydziestym dziewiątym wywiezieni do Stutthofu czy Generalnej Guberni, dawali Niemcom pieniądze, żeby ci ich nie zostawiali. Znowuż inni bali się niemieckiego wojska, bo ci też strzelali do ludzi i wieszali wszystkich, którzy próbowali gdzieś się schować i zostać w domu. Byli tacy, którym się udało. Szczególnie w kwietniu i pierwszych dniach maja, kiedy Ruscy bombardowali Hel z wszystkich stron; nie było takiego porządku i łatwiej było uciec.
– I dokąd oni ich wieźli?
– Mówiłem już. Ci, którzy dojechali do Danii, byli potem u Duńczyków w obozach. Oni wrócili najpóźniej, bo dopiero na Gwiazdkę w czterdziestym piątym, a niektórzy nawet na początku czterdziestego szóstego. Wyciągał ich stamtąd Czerwony Krzyż. Z Rugii było bliżej, dlatego jak tylko wojna się skończyła, nasi szli piechotą. A jak ktoś zorganizował sobie konia albo rower, zaraz im to Ruscy wzięli.
– A jak już wrócili do domu, co wtedy?
– Sodoma i Gomora. Wujek mi opowiadał, że przy Morskiej nie było drzewa ani lampy czy słupa (bo trzeba wiedzieć, że przed wojną w Jastarni był już prąd), na którym by ktoś nie wisiał. Idziesz drogą, a wokół same trupy. Nikt tak naprawdę nie wiedział, kogo powiesili Niemcy, a kto podpadł Ruskim. Ciocia Mica – jedna z tych, którym udało się ukryć przed wywózką – mówiła, że kiedy jej mama zobaczyła, co Ruscy robią z dziewczynkami i młodymi kobietami, zawiązała jej na głowie jakąś szmatę, wysmarowała twarz, ręce i nogi śmierdzącą pastą i kazała jej się szybko położyć. Kiedy Rusek wlazł do środka, chciał zaraz, żeby mu przyprowadzić dziewczynę. Pokazali mu Micã. Jej nie chciał, tylko wujkowi do głowy giwerę przyłożył i od Germańców wyzywał. Potem wyprowadził go na dwór i padł strzał. Kiedy ciocia Mica ze swoją mamą wybiegły z domu, zobaczyły wujka stojącego na drżących nogach, tego ruskiego żołnierza leżącego z przestrzeloną głową w kałuży krwi i ruskiego oficera na pięknym siwku, który kazał ciotkom schować się w domu i nie wyglądać przez okna.
– Wystarczy! Nie mogę już tego słuchać. Zdecydowanie wolę średniowiecze. Słuchajcie, chodźmy lepiej gdzieś na piwo.

To była długa noc w Stralsundzie i trzy długie dni na rugijskiej wyspie. Cała piątka zasmakowała ze Świętowitowego rogu, tak że zapomnieli o bożym świecie. Na Arkonie urządzili sobie ucztę ku czci pana młodości i płodności. Jak dawniej Rujanie mieli raz w roku składać Świętowitowi ofiarę z chrześcijanina, tak oni teraz swoje chrześcijaństwo oddali za pogańską wolność dawnych Kaszubów. Czegoś takiego ludzie nie widzieli od początku świata. Tym bezwstydnikom i rozpustnikom nie wstyd było pokazać się ludziom na oczy. Amandus z nimi. Przyssał się do tej swojej jak osa. To było dopiero próżnowanie. Ważniejsze od pracy. Któż jest święty? Na jednym polu zawsze rośnie kąkol i zboże.
Podniósł głowę i spojrzał na nią. Była zapatrzona, ale nie w Amandusa. Jej wzrok błądził gdzieś daleko. Może właśnie ujrzała jastrzębia, który latał wysoko nad kwitnącymi na żółto polami rzepaku.
– Nie uważałeś dziś rano. Będziemy mieli dziecko – oznajmiła chłodno.

Część 3