Naznaczony (2)

– Tak, ciociu. Tak jak mówiłaś.
– Wiesz, na wszelki wypadek lepiej włożyć kawałek sieci do trumny. A jakby się okazało, że on jest upiorem – wieszczim!?
– Igłę do szycia sieci, ciociu, włożyłem. Tak jak każdemu rybakowi.
– W imie Ojca i Syna i Ducha Swiętego – czas zaczynać. – Ojcze nasz, którys jes w niebie, niech sie swięcy jimie Twoje, niech przijdze Twoje królestwo…
– …i nie wódz nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode zlego. Amen. – wymawiając z kaszubska słowa pacierza, Marta modliła się razem z innymi. Musiała zostać w swoim pokoju, była przecież w ciąży i wnet miała rodzić. Zakazano je patrzeć na trupa, bo dziecko mogłoby się urodzić słabowite i chore, a nawet umrzeć zaraz po urodzeniu.


Marta nie planowała tego dziecka. To stało się tak szybko. O dyngusie nikt nie miał się dowiedzieć. Kiedy długo nie dostawała miesiączki, odchodziła od zmysłów. Jednak nikomu się nie zwierzała. Wstyd jej było spotkać się z Walãtim, chociaż przychodził codziennie do Mùżów. Zaraz po Wielkanocy rozstał się z Dórą. Przypadkiem przyjęty został do maszoperii ojca Marty. Jeden z maszopów utopił się wiosną przy stawianiu niewodu, a ryb tego roku było tak wiele, że kiedy Walãti zaproponował pomoc, stary maszop Mùża szybko się zgodził. Równie szybko ci dwaj znaleźli wspólny język. W którąś niedzielę, kiedy chłopi grali w karty, matka kazała Marce zanieść im wódki. Dziewczyna nie spodziewała się, że wśród nich będzie jej kochanek. Butelka i kieliszki prawie wypadły jej z rąk. Ze spuszczonymi oczami podała ojcu wódkę i już miała wyjść, kiedy Walãti podszedł do niej i poprosił szypra, czy nie mógłby z Martą chwilę porozmawiać. Mùża chętnie się zgodził. Wyszli z pokoju, a on zaczął pytać, co się dzieje, dlaczego go unika. Przecież zostawił dla niej Dórę. Kocha ją. Słysząc to, Marta zaczęła płakać. Nie wiedział, co ma zrobić, więc wziął ją w swoje ramiona.
– Pragnę cię mieć zawsze przy sobie – rzekł, kiedy trochę się uspokoiła.
– Walkù, ja o niczym tak nie marzę, jak tylko o tym, żeby z tobą być – szepnęła Marta.
– Dlatego chowasz się w domu i nie chcesz się ze mną spotykać?
– Wstydzę się o tym powiedzieć…
– O czym?
– Pamiętasz, jak było nam dobrze w wielkanocny poniedziałek?
– No pewnie, że tak. Pamiętam każdą chwilę i marzę, żebyśmy się mogli znowu kołysać na falach miłości.
– Kochany, mój ukochany, jestem w ciąży.
– No to nie ma na co czekać, musimy się żenić – radośnie powiedział Walãti.

Z zamyślenia wyrwały Martę gwałtowne skurcze. Dziecko pchało się na świat. „Co robić? Wszyscy modlą się na Pùsti Nocë. Może to przejdzie, może jeszcze nie czas?”. Marta próbowała się uspokoić. „Ała! Kolejny skurcz! Sama sobie nie poradzę, muszę znaleźć Walãtégò. Boże! Jak tam cicho. Mają przerwę. Śpiewacy muszą coś zjeść i wypić kawę. To dobra chwila, żeby zejść na dół”.
Szła powoli, na każdym stopniu uważając, by się nie potknąć. Ostatkiem sił dotarła do drzwi dużego pokoju. Nie miała siły wołać o pomoc. Usiadła na progu i czekała, aż ktoś przyjdzie. Bała się spojrzeć na trupa, ale chociaż zerknie na trumnę.
Świece, które dotąd paliły się równo, nagle zaczęły raz po raz strzelać wysokimi płomieniami, a firany zadrżały niczym osika. Zimny wiatr przewiał przez ciało Marty. Przeszył ją zimny dreszcz. Dzieciątko waliło rączkami i nóżkami w jej łonie, jakby bało się, że nigdy nie ujrzy tego świata. Wtem wszystko ucichło, a ona przestraszyła się, że urodzi wcześniaka. Na to wszystko błyskało na dworze, gdzieś bardzo blisko, a jasne światło błyskawic rozświetlało duży pokój. Marcie zdawało się, że w krótkim błysku ujrzała mężczyznę i ptaszka rozmawiających ze sobą.
– Jednym na świat, drugim ze świata. Chodź, idziemy – rzekła postać stojąca za wezgłowiem trumny. To był duch Léòna, który zdążył już wrócić z Sądu Bożego na własną Pùstą Noc.
– Co się stało tej kobiecie, która ma być moją matką? – zaśpiewał ptaszek pokazując na Martę. – Pójdzie z nami?
– Nie, ona jest z innego świata. Z tego, co tak się do niego wyrywasz. Nic jej nie będzie. Pójdziemy teraz we dwoje na moją łódź, a ona za chwilę oprzytomnieje – zapewniła dusza Léòna.
Kierowali się w stronę portu – stary rybak szedł, ptaszek frunął. Nie mogła ta duszyczka, która dopiero co miała przyjść na świat nadziwić się temu, co jej oczy widziały. Wszystko było dla niej zupełnie nowe. Pytała się o to i tamto, chciała wiedzieć to i owo. Latał przy tym ten ptaszek jak opętany. Dym, wiatr, ogień, prysk. Duch Léòna śmiał się z tego do rozpuku i nie odpowiadał na żadne pytania. W końcu ptaszek przysiadł na jego ramieniu. Naraz Léón wyciągnął z kieszeni czarnego garnituru rogową tabakierę, zażył porcję dobrej tabaki, najpierw w jedną dziurkę, potem w drugą, westchnął głęboko i rzekł:
– Tabaka to jest to, co człowieka jeszcze trzyma na tym świecie.
– Ten brązowy proszek? To was trzymało na tym pięknym świecie?! Nie rozumiem! Żyliście dla szczypty tego proszku?
– I dla tej chwili, gdy łodzią mijałem główki portu i byłem wolny.
¬– Co to znaczy być wolnym?
Ale Léón rozmyślał, jakby go ktoś oczarował. Tylko poprawił rybacką czapkę. Wcisnął ją głębiej na głowę, choć pogoda była bezwietrzna.
Jemiołuszka, ptak z czapeczką, jak go niektórzy nazywają, spojrzała w górę i zobaczyła wieżę jastarnickiego kościoła. W jednej chwili podleciała wysoko, aż na sam jej czubek. A nie było w całej okolicy innego tak wysokiego budynku, nie było tak wielkiej sosny. Ptaszek przysiadł na samej górze i bardzo się zdziwił. Tylko ślepiec by się nie zapatrzył. Na Rozewskiej Głowie stała latarnia. Światło na światło. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Znowu… Raz, dwa…
– Ach, Panie – westchnęła duszyczka dziecka. – Mój Panie! Jaki ten świat piękny.
– Nie gadaj o zysku, póki jeszcze ryby nie są na brzegu – usłyszała nagle jemiołuszka i pomyślała, że to dusza Léòna do niej mówi. Tylko, że Léòna nigdzie nie dojrzała, ale ten głos usłyszała ponownie. – Spójrz na horyzont, przyjaciółko, i powiedz mi, coś tam ujrzała.
W świetle trzech latarni – rozewskiej, jastarnickiej i helskiej – dojrzała teraz morze; a kiedy ginęło w ciemności nocy, widziała ziemię, daleko i szeroko. A wtedy znowu ciemniało nad ziemią i rozwidniało się morze. Przy brzegu fale łamały się i waliły o ziemię.
– Spójrz! – zawołał głos. – Oto tam, gdzie kraj łączy się z morzem, zaczynają się Kaszuby. Mają szczęście Kaszubi do swego anioła stróża. On mnie tak bardzo prosił, żebym jeszcze wam tu coś dorzucił. Trochę jezior, rzek, bajorków, trochę wzgórz i kęp, wiele skarp, borów, lasów, no i to piękne morze. Aż chce się tu żyć. Trochę ci zazdroszczę, chociaż… Świat się kręci, a ludzie z nim.
– Co chcesz mi powiedzieć? – zaciekawił się ptaszek.
– Chcę ciebie duszyczko posłać na ten świat, żebyś nie żyła obok. Los twojego narodu oddaję w twoje ręce.
– Obok czego?
– Hmm, no bo widzisz, z ludźmi to jest tak, jak z tym Żydem, który bardzo chciał wygrać na loterii. Ciągle miał do mnie żal, że nie chcę mu dać wygrać. Aż raz się zdenerwowałem i powiedziałem mu, żeby dał mi szansę i w końcu kupił los! Sam się przekonasz, że ludzie – jak to ludzie – dzisiaj tak, jutro siak. Człowieka między nimi trudno znaleźć.
– Co to znaczy? Jak mam to rozumieć? – Ale na to pytanie nikt już jemiołuszce nie odpowiedział.
W okolicy zrobiło się dziwnie cicho. Jednak już po chwili dało się słyszeć z daleka śpiew Léònowej duszy. Siedziała na łodzi, która leniwie kołysała się na środku Małego Morza.
– Jô w Jastarni ùrodzony i w Jastarni chcã ùmrzéc… – nuciła dusza starą rybacką piosenkę. Jemiołuszka przysiadła na rączce steru, a kiedy dusza przestała śpiewać, zapytała:
– Co Kaszubom przeznaczone?
– Robić, synku, ciężko robić… Kaszubski dzień trwa czasami dwadzieścia cztery godziny. Kiedy słoneczko zgaśnie, zapali się światło i robota idzie dalej – rzekła dusza.
– To jest najważniejszy cel?
– Celem jest kaszubska cnota. Ona jest najlepszym szlachectwem. Uczciwe, spokojne życie i bezpieczeństwo. To otwiera wrota szczęścia. A jeśli chcesz mieć spokój, to rób, co ci każą, bierz, co ci dają, i trzymaj pysk, choćbyś była przekonana, że masz rację.
– A co Kaszubie najmilsze? – Ptaszek chciał wszystko wiedzieć.
– Kaszuby! Wszędzie jest dobrze, ale na naszych Kaszubach najlepiej. – Dusza starego rybaka powiedziała to bez cienia wątpliwości. ¬– To tu jest nasza ziemia.
Na horyzoncie pojawiły się złote promienie wschodzącego słońca. Morze zaczęło leciutko połyskiwać.
– No tak, na mnie już czas – westchnęła dusza Léòna. – To będzie mój ostatni wschód słońca. Dobry rybak ma swój grób w morzu. A ty ptaszku powitaj słoneczko. Leć, leć nad tym zielonym morzem, niech to będzie dobry znak na pogodę twojego nowego życia.
Jemiołuszka poderwała się z Léònowej łodzi, kierując się na wschód. A że morze było gładkie, leciała nisko nad wodą. Jakby nie wiedziała, że czas i morze cicho ustać nie mogą.
Nagle zerwał się południowy wiatr i zaczął padać deszcz. Morze wymalowały bijące o nie krople. W tym rozpuściło swoje diabelskie organy, jęczało, trzeszczało, chrapało, gwizdało i zaczęło się wznosić. Wznosiło się, bielało, ciskało grzywami, wrzało. Ptaszkowi nasiąkły skrzydełka i nie mógł się biedak poderwać. Kiedy chciał wyrwać się z ramion wielkiej wody, ono jedną wzburzoną falą przycisnęło go do siebie i pochłonęło w głębinie twardego morza.

Dziecko wyjrzało na świat. Między szeroko rozłożonymi na położnym łóżku udami Marty Walãti ujrzał główkę swojego synka, owiniętą w rodny pęcherz. Zerkając ukradkiem na umęczoną twarz żony, postanowił nie mówić jej, że ich synek urodził się z czepkiem na głowie. Po co ma się zamartwiać, że dziecko może zostać wieszczim. Tak czy siak, co komu przeznaczone, tego nie minie.
– No, Marto, to jeszcze nie koniec. Musisz jeszcze przeć. – Głos pielęgniarki, spokojny, choć mocny i dźwięczny niczym dzwon na wieży starej puckiej fary, rozległ się na sali porodowej.
– Jeszcze się nie pcha, jeszcze nie chce być pierwsze, do czasu! – śmiał się stojący z boku doktor.
– No, teraz, przyj z całej siły – dała znać położna, która cały czas trzymała w rękach już urodzoną główkę.
Marta parła, a choć chciało się jej wyć, ani razu nie jęknęła. Tak bardzo życzyła sobie, żeby ono już przyszło na świat. Nie pamiętała, jak znalazła się w szpitalu, ale skoro już tu jest, ono musi urodzić się żywe. Wyciągnęła rękę do Walãtego, który mocno ją ścisnął. Tak bardzo chciał jej pomóc, ale to nie on rodził. Modlił się w duchu, żeby wszystko dobrze się skończyło.
Nagle wyskoczył tors dziecka, jak strzał ze strzelby, a potem, powoli wyślizgnęły się nóżki. Położna dała chłopcu lekkiego klapsa w pupę, a ten chciwie nabrał powietrza w płuca. Teraz położyła go Marcie na piersiach. Pielęgniarka podała Walãtemu nożyczki do cięcia pępowiny. Zrobił to drżącymi rękami i z zapartym tchem. Zaraz potem odeszło łożysko, a doktor, kiedy przekonał się, że wszystko poszło dobrze, kazał pielęgniarce i położnej wyjść z sali.
Kiedy zostali sami ze swoim synem, Marta podała mężowi dziecko i patrząc na nich, rzekła:
– To twój tata, a to twój syn.
– Jak chcesz mu dać na imię? – spytał Walãti.
– Widzisz, Walkù, kiedy tam leżałam koło trumny dziadka w dużym pokoju, myślałam, że ono urodzi się martwe. Czułam, jakby życie w jednej chwili z niego uszło. A teraz trzymasz go w ramionach żywego. Czyż to nie cud? Jego imię… ono musi być mu drogie. Chcę, żeby ono oznaczało miłość, wolność, jedność…
– Życie jest cudem, bez wątpienia. Ale nie rozumiem, dlaczego on miałby być naznaczony przez jakieś dziwne imię? – bronił się Walãti, a w myślach widział czepek, w jakim dzieciątko na tym świecie się pojawiło.
– Nie bój się, on sobie poradzi!
– No więc, Marto, jak go nazwiemy?

Amandus szedł sam. Od kilku dni morze gotowało się od sztormu. Było pewne, że za chwilę lunie deszcz. Ciężkie jesienne krople spadały na cmentarną ścieżkę, wsiąkając w żwir, nie zostawiając najmniejszego śladu odciśniętych w piasku stóp. Jeszcze parę kroków i stanął koło podwójnej mogiły z czarnego marmuru.
– Mama z tatą muszą się w grobie przewracać, że mają takich niedobrych synów – szepnął do siebie. – Żeby nawet na Wszystkich Świętych nie sprzątnąć! Nie pamiętajcie nam tego, moi kochani Marto i Walkù. Wiecie przecież, jaki jest Tóna. Na szczęście o niego dba zakon. A moich tłumaczeń nie chcielibyście słuchać, dlatego lepiej sam zrobię tu porządek i nic więcej nie powiem.
Do zgiętego nad opadłymi liśćmi Amandusa dotarły dźwięki znanej mu żałobnej pieśni. Z kościoła na brzeg morza szli procesją prawie wszyscy mieszkańcy Jastarni. Na czele, przed księdzem, kroczyli mężczyźni niosący krzyż i chorągwie. Obok nich po obu stronach szły statecznie kobiety, ściskając w garściach kolorowe wstążki, umocowane do drzewców niczym liny do topu.
– Memento mori – wymruczał Amandus i ruszył za rozmodlonymi ludźmi.
Szedł na końcu procesji, gdzie ledwo docierały do niego słowa modlitwy wyśpiewywane jakby na wyścigi przez księdza i organistę. Ludzie drżeli z zimna. Szli jednak, jak nakazywała stuletnia tradycja, odprawić nabożeństwo na brzegu Wielkiego Morza. Ministranci w białych jak rozszumiała morska fala komżach grzali ręce, przykładając je do trybularza nagrzanego węglikami, które czerwone – ochoczo, raz po raz – karmiły się drobinami bursztynowego proszku. Woń kadzidła przypominała zapach łuczywa, którym palono w kuchennym piecu.
Stanęli na wydmach. Przed nimi rozciągało się wysokie, twarde morze. Niejednego już zwabiło do siebie. Niejeden już z niego nie wrócił. Kiedy żyjący zaczęli głośno wypowiadać imiona umarłych, wiatr na chwilę ucichł. Nie krzyczał już, tylko jakby się smucił.
– Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie. – Dźwięczny głos księdza przedarł się przez płacz wiatru. – Nie dawaj im błądzić we mgle. A Ty, Niebieska Królowo, daj choć jeden promień słońca, który wskaże im drogę na niebiańską toń…
W uszach Amandusa brzmiało to jak wiersz miejscowego poety Zelina, i pomyślał on sobie, że Pan Bóg cieszy się, kiedy słyszy w tej chwili poezję, a nie jakieś zrzędzenie. – Niech tam, w Twojego Syna maszoperii, łowią do końca świata. Do czasu, kiedy wszyscy stawimy się na Twój sąd, Boże! Amen.
– Amen – odpowiedzieli ludzie.
Kobieta z wiązanką białych kalii stanęła w miejscu, gdzie woda zalewa piasek i długo patrzyła w dal, jakby chciała oczy wypatrzyć. Rzuciła kwiaty, a te – niesione na białych falach – przypłynęły z powrotem. Wtedy na chwilę wciągał je morski prąd, by znowu mogły wypłynąć na rozszumiałej fali.
Młody chłopak wykopał w piasku dołek i włożył do niego świecę, którą przyniósł w kieszeni płaszcza. Wir powietrzny nie pozwolił mu zapalić zapałki. Przeżegnał się więc i rzekł:
– A słowo ciałem się stało. – I tym razem zapałka zaiskrzyła żywym ogniem.
Procesja ruszyła na cmentarz. Ostatni wierni wychodzili z plaży. Morze bawiło się złożonymi na brzegu morza wiązankami kwiatów. Pieszczotliwie zwodziło, jak panna, co rozpuszczonymi włosami muska swojego kawalera, aż nagle kwiaty ginęły w nim na zawsze. Wówczas nienasycony żywioł sięgnął po ogień pozostawionych na piasku rozświetlających zmrok świec i zniczy. I nastała ciemność.
Tóna czekał na Amandusa koło cmentarnej bramy. Kościelny zabrał jego księżowskie szaty. Teraz bez wstydu mógł rozgrzać się papierosem. Miał też ochotę wlać w siebie przynajmniej ze dwie setki.
– No dawaj chłopie, szybko! – zawołał Tóna.
– Coś ty taki narwany? – zdziwił się Amandus.
– Bo wiem, że za chwilę siądziemy w waszym ciepłym domku, twoja żoneczka postawi nam najlepszą na świecie kolację, a ty skoczysz do piwniczki po zieloną whisky. Wiesz, co boskie – Bogu…
– …a co ludzkie, nie jest ci obce! – zaśmiał się Amandus z brata księdza.