Naznaczony (3)

W kawiarni w Arles, przy stoliku na dworze, w cieniu dwustuletniego platanu przytulającego się do pomnika Frédérica Mistrala, rozpościerającego wysoko nad nim gałęzie bogate w wielkie jak dłoń liście, Amandus pił wzorem miejscowych pastis. Do szklanki z anyżową złocistą wódką dolewało się z glinianego dzbanka trochę zimnej wody z kawałkami lodu, wtedy wódka robiła się mlecznobiała. W południowym słońcu Śródziemnomorza nie znajdziesz nic lepszego. Smak anyżu jak żywo przypominał Amandusowi rybacki odpust w Swarzewie.

Kiedy zamknął oczy, zobaczył jastarnicką kompanię witającą się z Matką Boską Królową Morza w jej lipcowe święto. Stała w ceglanej neogotyckiej świątyni wyżej ołtarza, w złotej koronie, i jaśniała światłem swojego Syna, którego trzymała na rękach. Pielgrzymi klęczeli przed Nią i, rozmodleni, spoglądali na jej lica. Stary Gerat dyrygował orkiestrą dętą, która grała bez klarnetów, bo jakoś nikt nigdy się do nich nie garnął. Orkiestra grała, a feretrony fruwały pod posową swarzewskiego kościoła. Do tyłu i w górę. Do przodu i w dół. W lewo, w prawo. W kółko i nisko do ziemi. Mój Boże, jakież to piękne widowisko! A kiedy zakończył się już ten obrzęd, trzeba było szybko biegać na bùdë – kramy z różnościami. Centki, kapiszony, kolorowe piłeczki na gumie napełnione trocinami, no i te cukierki, które smakowały całym światem. Te anyżowe lubili z tatą najbardziej. Odpust bez anyżowych cukierków się nie liczył.


W Arles Amandus znalazł się dzięki kierowcy, który go zabrał spod Limoges. Właśnie tam jechał, a Amandusowi było wszystko jedno, dokąd trafi, byleby tylko być jak najdalej od tego polskiego obozu w południowej Francji. Chłop, kiedy tylko dowiedział się, że jego pasażer poszukuje pracy, najpierw zmartwił się, że nie może pomóc, a potem wcisnął mu w rękę pięćset franków. To było coś! No a teraz jeszcze ten Fryderyk Mistral. Prowansalski poeta, który jak wiatr, którego imię nosił, przeleciał przez światową literaturę dziewiętnastego i początku dwudziestego wieku, zdobywając w 1904 roku Nagrodę Nobla za poematy napisane w języku średniowiecznych trubadurów, o którym sam oksytański lud już prawie zapomniał. W technikum łączności nauczyciel literatury polskiej nie mówił uczniom o félibrach z Mistralem na czele, którzy walczyli o odrodzenie języka d’oc i narodu, którego kultura dominowała w Europie w dziesiątym wieku. O tym Amandus przeczytał już sam. I nigdy nie spodziewał się, że znajdzie się kiedyś w samym sercu krainy Mistrala – zdobywcy literackiego Nobla „za prostotę i oryginalność poezji prawdziwie oddającej ducha narodu”, jak to nazwała noblowska komisja.
Może to Mistral (albo bardziej mistral – mistrz wiatr) zagnał Amandusa w te strony, ale wystarczyło tylko wyjść do wsi St. Pauli, żeby dostać pracę przy zbieraniu winogron.
– Nacjonalite? – zapytał gospodarz.
– Hollande.
– D’accord .
To była prawdziwa ulga. To nic, że trzeba było wstawać o świcie, by już o szóstej wziąć w ręce malutkie nożyce ogrodowe i dziesięciolitrowe wiaderko, a potem obchodzić z nimi tam i z powrotem rzędy winogronowych krzewów. I tak do dwunastej. Później dwie godziny na odpoczynek, jedzenie, drzemkę w cieniu pod pierzyną ciepłego śródziemnomorskiego powietrza. Od drugiej do szóstej po południu znowu praca w polu. A słońce świeciło w oczy niemiłosiernie. Potem był już czas na obiad, zgodnie z powiedzeniem słuńce na dole, wieczerza na stole. Wszyscy pracowali równo – Niemiec Ralph, Algierczyk Zakariyya, Holender Amandus i rodzina francuskiego gospodarza. Kiedy wiaderko było już pełne, wołało się jednego, który chodził z wielkim koszem na plecach, bardzo podobnym do rybackiej karzënë. Ten chłop musiał się nieźle nagonić między rzędami, żeby dostać za to większą zapłatę. Gdy kosz był pełen, szedł opróżnić go na wóz.
– Wiesz co, Amandus? – patron odezwał się pewnego wieczora przy wieczerzy, kiedy brał właśnie do ust ślimaka, którego jego żona przygotowała w katalońskim śmietanowym sosie. – Kim ty naprawdę jesteś? Ralph mi powiedział, że wcale nie mówisz po holendersku. Powiedz.
– Ja? – Jakby ktoś na Amandusa wylał kubeł zimnej wody. – Jestem Polakiem.
– Polakiem!? Byli już u mnie Polacy i wiem, jacy są. Dać im trochę wina, a będą po nocach balować i kombinować w pracy przez cały dzień. Ty robotę szanujesz. Zrobisz swoje i drugiemu pomożesz. Widziałem to przecież. Kim jesteś?
– Kaszubą.
– ?
– Mieszkamy na północy Polski. Mamy swoją mowę, swoje zwyczaje – zaczął opowiadać Amandus. – Ale kim jesteśmy? Sam nie wiem. Jeden Kaszub, niemiecki pisarz, napisał kiedyś, że nie jesteśmy ani Polakami, ani Niemcami… Jesteśmy… Kaszubami.
– Tak, faktycznie tak napisał w tej książce o Gdańsku, „Die Blechtrommel” – przypomniał sobie Ralph. – A wiesz, że ja też nie jestem Niemcem, tylko Łużyczaninem?
– Nie gadaj! Tak?
– Z ciebie Amandus jest taki Polak, jak ze mnie Francuz – odezwał się teraz syn gospodarza, Pier. – Na przegrzeszenie była ta rewolucja. Mielibyśmy tu własne państwo – od doliny Aran w Hiszpanii aż po Dolinę Oksytańską we Włoszech. Żylibyśmy sobie jak królowie.
– Chłopcy! Dajcie spokój. Chcecie teraz świat do góry nogami wywracać? Dobrze jest jak jest.
– To niech chociaż dadzą nam pielęgnować naszą tożsamość – nie chciał ustąpić ojcu Pier. – W zjednoczonej Europie naszymi granicami będzie nasza kultura.
– Chodźmy już spać – rzekł krótko gospodarz. – Od rana czeka robota.
Amandus długo nie mógł zasnąć. Tamtej nocy w Prowansji, nie ruszając się z łóżka, w ciemności, odbył swoją najważniejszą w życiu wędrówkę: w głąb siebie.
Ileż to już razy był świadkiem, jak w pociągu czy autobusie Kaszubi przestawali mówić po kaszubsku, kiedy tylko dosiadł się do nich ktoś obcy. Jakby nie byli u siebie, na swojej ziemi. Amandus nieraz miał poczucie, że Polacy mają nawet jakieś zrozumienie dla Kaszubów, kiedy są tylko niwą, dodatkiem, nadmorskim krajobrazem albo jeśli robią jedynie to, czego od nich inni oczekują. Tolerują ich oryginalny taniec, śpiew i haft, ale nic więcej. Są Kaszubom życzliwi, ale ich nie poważają. Może sami Kaszubi nie zasłużyli na poważanie? Może w oczach Polaków są niepewnym elementem… Jak odejść od tego stereotypu, który każe dźwigać i z dumą nieść ciężar polactwa zamkniętego w trzech słowach: Bóg, Honor, Ojczyzna? Jak być innym w kraju, w którym słowo „człowiek” jest równoznaczne ze słowem „Polak”, a słowo „kultura” oznacza „Polska”?
Tylko ten będzie poważany w takim kraju, kto oprócz bardzo dobrej znajomości polskiego obyczaju szanuje swoje, kaszubskie, zwyczaje i mowę i pielęgnuje własną kulturę!

Część 1

Część 2

  • Trackback are closed
  • Comments (0)
  1. No comments yet.

Ne starnë ùżëwôją kùszków (an. cookies). Przezérając je bez zjinaczi ùstôwù przezérnika dôwôsz zgòdã do jich spamiãtëwaniô.