NAZNACZONY (6)

Transcassubia stała już na dworcu w Chojnicach, kiedy pierwsi pasażerowie bladym świtem wchodzili na stopnie schodów piętrowych wagonów. Trochę później, prawie równocześnie, wjechały przed dworzec służbowe auta pomorskich notabli. Dla nich przygotowana była salonka, prawdziwy paradny wagón. Do niego Beniamin prowadził teraz marszałka sejmu, Michała Płażewskiego, którego powitali Karól Kilwater i Gerat Szumlewsczi.
– Panie marszałku, prosimy – rzekł Gerat. – Tą salonką dojedzie pan dzisiaj do samego Helu, i to w doborowym towarzystwie kaszubsko-pomorskich samorządowców.
– Dobrze was wszystkich razem widzieć – odpowiedział marszałek, który niegdyś był w Gdańsku pierwszym niekomunistycznym wojewodą.
– Razem, i to w jednym województwie! – wtrącił Gerat.
– Tylko dlaczego pomorskim, a nie kaszubsko-pomorskim!? – zagadał Karól.
– Panowie, dobrze wiecie, że spory wokół nowych województw trwały do samego końca, do chwili głosowania ustawy w Sejmie. Nie można było inaczej, bo zaraz głos podnosili zwolennicy utworzenia dodatkowego województwa środkowo-pomorskiego ze Słupskiem i Koszalinem. Poza tym, co by na to powiedzieli Kociewiacy? Dla dobra sprawy należało odłożyć kwestie etniczne.
– A czy będzie, pana zdaniem, panie marszałku, w niedalekiej przyszłości szansa na zmianę nazwy województwa na kaszubsko-pomorskie, gdybyśmy o to wnioskowali? – Karól nie ustępował.
– Proszę, siadajcie wszyscy! – zawołał mocnym głosem Beniamin. – Pociąg rusza! Kapela rżnie!


W jednej chwili powietrze przeszyły dźwięki lokomotywy i diabelskich skrzypiec, a na to wszystko nałożył się głos Zygismùnda Adlera, który ni stąd, ni zowąd zaintonował:
– Tu je nasza zemia, Kaszëbów òjczëzna, bò to tu są nasze kòchóné Kaszëbë! – I było po rozmowie.
Nikt nie musiał nikogo prosić, aby się przyłączył. Śpiewali wszyscy w salonce i śpiewał cały pociąg. A na każdym dworcu dochodzili ludzie, którzy chcieli jechać, żeby ten dzień przeżyć w jedności. Z czarno-żółtymi flagami, z chorągwiami swoich oddziałów ZKP, z banerami powiatowych samorządów i tablicami z herbami kaszubskich miast i gmin. W żółtych albo czarnych koszulkach. W ludowych strojach. Z muzykantami i swojskim jedzeniem. Niestety pogoda w niczym nie przypominała lipcowej aury – taki był deszcz, który, jak to czasami się mówi, przyszedł z morza. A wiało tak, jakby się jakiś Kaszub powiesił. W tym deszczu pociąg wtoczył się przed samą scenę ustawioną na falochronie helskiej promenady, z której otwierał się widok na Zatokę Gdańską. Jej wody były bardzo niespokojne. Tak bardzo, że helscy strażacy cały ranek podkładali worki z piaskiem, żeby scena nie wpadła do wody.
Do końca nie było wiadomo, czy zaplanowana i przygotowana transmisja Zjazdu Kaszubów w Programie Drugim Telewizji Polskiej się uda. Amandus doglądał wszystkiego na miejscu i ciągle był blisko Nany Tormentiew, dyrektorki telewizji, od której wszystko teraz zależało.
– Czy przygotowany jest koncert Tercetu Egzotycznego z plaży w Ustce z ubiegłego roku? – Nana zapytała kierownika produkcji.
– Tak, mam go w razie czego.
– Przecież się rozpogadza, pani dyrektor. – Amandus czuł się trochę, jak uczeń, który coś przeskrobał. Co jak co, ale za pogodę nie odpowiadał.
Kto inny za pogodą stoi i jakby chciał pokazać, że bez niego nic nie może się zdarzyć. Jak tylko w porcie pojawiła się wojskowa motorówka, którą przypłynął z Gdańska arcybiskup Teodor Wrocłowski, i gdy postawił on nogę na helskiej ziemi, wiatr przycichł i przestało padać. Amandus jeszcze nigdy tak gorąco nie witał się z biskupem. Na dłuższą rozmowę nie było jednak czasu, bo z pociągu zaczęli już wysiadać pasażerowie i trzeba było dać im teraz chwilę od siebie. Kiedy Amandus biegł naprzód, mijając scenę, jednym okiem dostrzegł stojącą z lewej strony kulis Anę Kòtowską. Teraz był spokojny. Wiedział, że ta dziewczyna przypilnuje, żeby na scenie wszystko było w porządku. I było. Polska zobaczyła Kaszubów, którzy pokazali, że są mocni w jedności i potrafią się dobrze bawić.