Znajeta tak co: Panëszczi ze Starzëna

Wejle, 24 gòdnika na Wilëją Gòdów, jak zwëk kôże starzińsczé chëczë nawiedzëlë panëszczi…

1

W Starzënie na Wilëją Gòdów (pòtemù jesz rôz na Zylwestra) chòdzy karno przezebleklëch (kòlãdników) zwóné PANËSZKAMA. Niechtërny gôdają na nich GWIÔZDCZI. Panëszkama mògą bëc blós nieżeniali knôpi. Nicht ni móże wiedzec òd kògò òni są, temù gãbë mają zakrëté larwama.

Latos (2016) w karnie starzińsczich panëszków bëlë: kòza, kóń, gwiôzdór, bòcón, baba a zwónk. Nen slédny jidze pierszi a zapòwiôdô zwòniącë zwónkã wizytã panëszków w chëczach. Przódë lat nëch pòstacëjów bëlo wicy, a wiedno towarzël jima mùzykańta grôjący na akòrdiónie. Dzysdnia, z tegò co mie knôpi rzeklë, ni ma za wiele chãtnëch do chòdzeniô. Móże temù, że mlodi mają dëtka dosc… Móże téż temù, że wôżniészô je Wilëjô a familiô – czedës tak co jak wilëjnô wieczerza, w wiela kaszëbsczich dodomach, jak kòl mòjégò tatka, nie bëlo.

Czekawé je słowò panëszka – ks. Zëchta zanotérowôl m.jin. tak co:

  1. córka szlachcica, rzadziej żona,
  2. forma grzecznościowa przy zwracaniu się do obcej kobiety,
  3. główna postać pochodu maszkarowego, odbywającego się najczęściej w wigilię Bożego Narodzenia,
  4. zwykle panëszczi, zespół gwiazdorów i maszkar zwierzęcych towarzyszących panëszce,
  5. gwiazdor czekoladowy,
  6. kobieta opatulona przypominajaca gwiazdora,
  7. interesant, klient. (Słownik gwar kaszubskich.., t. IV, s. 23)

W niechtërnëch wsach na nordze Kaszëb gwiôzdora pòzywelë prawie panëszka. Òna to mia przepëtac dzecy z pôcérza a wrãcziwala darënczi.

Wicy ò panëszkach ë jinszëch zwëkach przeczëtôta w ksążce pt. „Hurenamle kaszubskie”…

2 3 4 5 6

***

Paneszki
(fragment opowiadania z cyklu “Hurenamle kaszubskie”)

– Ja słyszał, że ci Marta o tych paneszkach od Hallera gadała, jo? – zaczął Augustyn, gdy Maciej wrócił do niego po obiedzie.

– Paneszkach?

– No jo, ty nie wisz… Paneszk to wialgi pón… a ci żołnierze to myśleli, że oni są tu u nas tacy wialgi panowie, że wszytko mogą…

– Cëż wë tata pleszczece, doch panëszczi, to są ti, co na wilëjã chòdzą – wtrąciła się córka.

– Në jo, jo, to téż. Panëszczi jidą we wilëjã. Bëlë òni latos?

– Ale jo, nie pamiãtôce wë?

– Jô pewno ju spôl, jak òni przëszlë.

Maciej przysłuchiwał się tej rozmowie gospodarza z córką nie bardzo rozumiejąc o co chodzi.

– Przepraszam… – bąknął nieśmiało. – Prosiłbym po polsku.

– Bo wisz, te przebierańce, kolędnicy, co to u nas chodzą, to sie tyż zwią panëszczi. Po polsku to sie gada paneszki. Z nimi ta panëszka chodziła, co prezenty dawała, temu oni sie tak zwali.

– Nieraz to ona rózgą dała – zaśmiała się pani Marta.

– Jo… A gdze indze to na nich gadali gwiazdczi. W Gwiżdżewie chodziły barany, jesz gdze indze kozły abo kezeboczi.

Maciej przypomniał sobie zajęcia z folklorystyki. Zorientował się, że Kreftowie mówią o bożonarodzeniowych kolędnikach.

– Co my mieli z nich za radość, jene jo – stary Augustyn przymknął powieki a na jego twarzy zagościł podgodny uśmiech. – Daj so myśleć, Maćku, jak ja był mały, miał pięć c czy sześć lat, a te paneszki miały do nas przyść, to najpierw był dzwonek słychać. Ten co dzwonił to był taki człowiek, co u nas był gwiżdżem – stróżem, co w nocy Krefty doglądał. My go znali. On wchadał do domui sie pytał czy my by chcieli panëszczi widzieć, a jak my rzekli że jo, tedy on szedł nazad do ti reszty i gadał, żeby oni do Kreftów, do nas, szli. Tak oni wchadali, ale nie wszyscy razem, bo by sie nie mieścili w izbie. Każden musiał co zrobić, a nie jak tera oni tylko wyją.

Między piecem a ścianą był w wielkiej izbie taki wolny plac, to my sie z bratem moim Alfonsem, tam wciskali, żeby sie przed paneszkami schować. Taki my mieli strach, jak my tylko dzwonek słyszeli. Te paneszki rozmiały tymi swoimi petkami fest wlać.  Ale to było tak ciekawe, że ja musiał na to patrzeć, temu nasza óma mie na kolna wzięła, trzyma mocno i bronia, żeby one mie nic złego nie robiły.

Baran robił beee a wszystkich tymi rogami bódł, a to były take prawdziwe rogi – od prawdziwego barana. Kozioł meczał meee i skakał po izbie, a nawicy to on te młode dziewczyny lubił tymi ostrymi rogami kłuć. Diabeł, cały czarny pùrtk, skakał i drewnianymi widłami kobity pchał. To dało ale pisk i krzyk, a śmiechu ile! Ja u ómy na kolanach siedział, rękami oczy zakrywał, ale to sie nie dało, ja musiał to widzieć.

Dziewczyny to nabażi czekały na tego boćka. Ten klekot, kłapał tym swoim drewnianym dziobem kle kle, co on był na czerwono pomalowany. Chłop co nim był taką białą płachtą był zakryty. Do garków ten bocian w kuchni zaglądał, jedzenie wyciągał, co je mama nasza na gody mia przyrychtowane, ale nie bój się, Maćku, my mieli co jeść. Nasza mamińka to mądra kobieta była. Ona im specjalnie te najgorsze ostawiła w tych garkach.

Jo, dziewczęta to na tego bociana czekały, bo one chciały męża. Jo, jo. Ty so, Maćku, to zapisz, abo nagraj, bo to ci sie do tych weselów może przydać. Tera tym babom to sie w głowach poprzewracało. Ta nasza Julka, no nie Martko, moja wnuczka, ta wcale sie za knôpami nie ogląda. Tylko praca u niej. Bo ona to wialgą panią doktor je na uniwersytecie. Co ona tam je?

Marta wzuszyła ramionami.

– Ja tam wiem, chyba matematyki uczy, coś w tym…

– Tedy to te dziewczyny suknie podnaszały, żeby im ten bociek kle kle, w udko uszczypnął, bo one chciały chłopa szybko mieć, a takie szczypnięcie to był dobry znak, bardzo dobry. Ta co ostała szczypniona, ta chłopa miała so chutko nalazłe. A ty jaką brutkã masz?

Chłopak nie zrozumiał.

– Brutka to dziewczyna – wyjaśniła pani Marta.

– Nie… To znaczy nie za bardzo – zaczerwienił się chłopak.

– Ty młody jes, chłop nie musi sie tak chutko żenić. Ja miał wicy jak 30 lat, jak jak sie żenił, ale to przez tą wojnę…

Mój tatk, Alojzy, to też sie z bociana cieszył, bo bocian, to je taki zaczarowany ptak. On chroni dodóm przed pożarem. Nie było gospodarza, jaki by sie nie cieszył, że bociany sie u niego zagnieżdziły. My gniazda boacian przy domu nie mieli, temu my nawet nie chcieli, ale musieli wpuścić dodom te paneszki . Tedy dom był bezpieczny przed ogniem…

W Krefcie te paneszki miały taki zwyczej, że ten bocian od nich, jak so uwidział jaką dziewczynę, to on jej na klin – Augustyn wskazał na łono Marty – rzucał taką małą pùpkã – laleczkę. To był dla ni znak, że ona może mieć z tym bocianem dziecko. Kłopot był tylko z tym, że nicht nie wiedział chto tymi paneszkami był. Oni musieli mieć na gębach te larwë z papieru abo skóry zrobione. A jak chto larwë ni miał, ten miał tak gębę sadzą abo jakim inym mazidłem wysmarowaną, że i tak nie było poznać, od kogo on je.

Dziad i baba też byli, my tu u nas na Krefcie gadali na nich sztrëch i baba. To so tyż zapisz, bo oni tyż na wieselim byli. To ci była para! Oni tuńcowali po izbie, a jak ta baba tym dziadem kręciła, bo to – staruszek ściszył głos – baba tak po prawdzie doma rządzi. Chłop to je taki prezydent, a białka to premier i minyster finansów. Ona te detczi trzimie a rozmyśla na co by je wydać. Jo, jo, my tylko są od roboty a zarabiania. Chłop to so może tylko pogadać.

Baba i dziad tich co w izbie byli do tańca prosili, czy to był stary czy młody, a jak nicht nie widział to flot do komory ta baba szła i szynki i worszty co tam wisiały pod suknię chowała. Ja to za knôpa miał widziane, a ja ryczał, że baba nam jedzenie kradnie. A to była ich taka zapłata za to tańcowanie, bo dëtków tedy ludzie mało dawali. Jo, ci bogati gospodarze to jo, ale ti biedny to musieli sie tym jedzeniem z paneszkami podzielić. Temu nicht na tą babę złym okiem nie patrzył. A niech so weźmie i ma. Ten strëch, dziad, to on wiedno za tabaką patrzał. Jak on tylko widział, jak mój tatk Alojzy, różk wyciąga, to zara do niego i wrzeszczł: Chcemë le, chcemë le, łapę wyciągał, różk chytał a so sypał z grëpą bo tata nasz wiedno miał najlepszą tabakę. A tej drugi raz so tech dziad do keszeni sypał. Jak te paneszki całą wieś obeszli, to on miał fùl keszeń tabaki. Tedy ci młodzi, co tymi paneszkami byli mieli co zażywać.

Ja się nawięcy cieszył do tego niedźwiedzia. Ten był takimi słomianymi powrózkami okręcony. Mocny to musiał być chłop, żeby on ten strój mógł udźwignąć. Jego Cygan na łańcuchu prowadził, a jak go prał! Ty so możesz myśleć. Bił go takim  słomianym batem, żeby on tańcował. A jak się biedny wewrócił to go za ten łańcuch Cygan z diabłem podnaszali, a on ryczał. Żeby ty wiedział jak ten niedźwiedź ryczał!

Tedy to u nas na Krefcie to jesz był szandara na koniu. Ten był najmocniejzy z tych wszystkich. On szedł a ich wszystkich z izby wyganiał – kozła, barana, czarnego pùrtka… a tyż miał prawo domôcëch ukarać. On miał petkę – taką na drzewianym drążku z rzemykami. To ci bolało, jak on tak ci jednego przez buksy wprał. Ale to był szandara, on miał prawo. Jak czasem gospodarz chciał to ławę w jizbie stawiał i ten szandara na koniu miał przez tą łąwę skoczyć. U jednych on skokł, a przez okno, co ramę miało ju strepiałą, wypadł.

Ten chłop, co był tym koniem musiał być mocny a skrętny. On musiał dobrze skakać. Ten co z oknem wyskoczył na dwór ten był chyba napity. Ja tego ni miał widziane, ale mie to opowiadali. Tera te młode paneszki piją, ale tedy jak chto za dużo wypił, tego ju na drugi rok do chodzenia nie brali. Ni, ni. To doch była wilija, tedy nie mógł wypić.

Na koniec to paneszka zawsze przyszła. Ta miała na gębie taką larwã z papieru zrobione, gruby kożuch a na plecach nosiła małą choinkę. Ta też miała dzwonek którym dzwoniła. Zupełnie jak ten, co tu na stoliku leży.

Mój bracina, Alfons, ten potem tyż paneszkował, aż go do wojska wzięli na dwa lata. Kedy na przepustkę przyjechał, to robił za szandarã na koniu bo mundur miał. Ale po wojsku to on ju nie mógł chodzić, bo to jest zabawa dla przedwojskowych kawalerów.

Żeniały ju nie mógł chodzić, bo musiał ze swoją białką doma siedzieć, a nie łazić we wigilie po wsi. Te baby to pewno miały strach, że sie te chłopy napiją, abo jaką iną szczypną. A to wszystko dla szpòrtu było.

– Sportu? – zapytał Maciej.

Szpòrtu… dla żartów, uciechy – wytłumaczyła pani Martaa.

– No jo… A ta paneszka to gdze indze była zwana gwiôzdką abo gwiazdorem. Do jednych ona sama chodziła, bez tych innych przebierańców. A jesz u inych jej wcale nie było, bo oni mieli pod danką bunterteler, a dzieciom gadali, że te cekerki przyniosła paneszka, ale ona sie śpieszyła, temu dzieci jej nie widziały. A tam gdze ona szła to mogła dzieci z pacierza pytać, a jak dziecko nie rozmiało, tej to dało.

Ja nigdy nie dostał, bo ja pacierz umiał. A jak dziecko dobrze powiedziało, to ona paczuszkę dała. A w niej jabka i orzechy były, i żoki wełniane na zimę i czasem tata miał co z drewna uszykowane, jakie bawidełko, a dla dziewczynek mama pùpkã szyła. A jak chto szrëce do jeżdżenia po lodzie dostał to była wielga radość.

Tera te dzieci żadnego szacunku do starych nie mają, a to ja myślę temu, że ta paneszka do nich nie chodzi. Oni nic a nikogo stracha nie mają, a my mieli. I to było tak dobrze. Jo.

Z paneszkami to tyż wiedno muzykańt chodził i grał na akordionie abo bańduni take wiesołe piosenki do tańca. Tedy oni rozmieli i zagrać i zaśpiewać i zatańcować. Tera tyż do nas na Kreftę paneszki przychadają, ale te tylko wyją a tymi petkami pierzą. Ti nawet nie rozmieją życzeniów jak trzeba powiedzieć.

– Nie gôdôjce tata, z nima to nie je jaż tak lëchò.

– Tej czemu ty ich dodom nie wpuścisz? Bo my wpuszczali, a jak oni dokazywali, w jizbie co stłukli, jaki talerz abo grôp, abo nam co z komory wynieśli, czy ta słoma z tego niedźwiedzia ostała, to my sie cieszyli. Mama miotłą ruk-cuk zamiotła, tą słomę zebrała, a tedy tata te źdźbła w chochoły wkładał, co nimi drzewa były na zimę okręcone, żeby lepi rosły a wicy rodziły.

To było wialge szczęście takich gości doma mieć. To tak jakby te zwierzęta z szpoki w kościele w Mesynie ożyły a do nas przyszły. O, tera ja so przypomniał, weź so to tyż zapisz, u nas tego nie było, ale w Strzelinie, to prawdziwą camela mieli. Jo, oni z tą camelą garbatą jachali. Dwóch musiało za niego robić, garby dwa miała, a na nim mały knôp jachał, jak król. Ten sie w izbie nie mógł zmieścić, taki był wialgi. Temu ci strzelińscy go tylko na podwórzu oglądali.

Augusty zamilkł, widać było, że o czym sobie przypomniał.

– Tera ci jesz powiem szport. Raz my tu na Krefcie mieli take gwiazdkowe hurenamle z tymi strzelińskimi…

– Hurenamle? – zdziwiła sie pani Marta. – Jô nigdy tak co nie czëła.

– Bo nie nie je babska sprawa – ofuknął ją staruszek. – Chceta wiedzieć, czy nie? Jo, u nas na Krefcie chodziły paneszki a w Strzelinie tyż, a raz to oni sie tu koło naszego gospodarstwa spotkali, ti z Krefty i ti ze Strzelina. Ty wisz, u nas tu je prawie granica. Ti ze Strzelina so pewno wymyślili, że będą tyż u nas chodzić, pewno za mało im było u siebie, bo strzelińscy to są knyfce? Ja miał tedy osiem lat i ja to widział, bo my szli obaczyć, jak oni sie biją. Ti naszi byli mocniejszi i wygrali. Na drugi rok strzelińscy ju nie przyszli, bo tyż pewno nasi im mieli te jich wszystke maszkary potłuczone. Jo, to cë był ale szpòrt.

Maciek jednak nie widział w tej opowieści nic śmiesznego. Pobili się i co? Co z tego wynika? Siedzi tutaj i słucha wigilijnych opowieści z dziecinnych lat starego Krefty. Chłopak miał poczucie zmarnowanego czasu. Głupio mu było jednak ciągle staremu przerywać, może w końcu opowie on coś powie o tych kaszubskich weselach.

– Po ty wszystkim – kontynuował Augustyn, – to my szli na pasterkę. Jak ja był  mały, to ja nie szedł, tylko z naszą ómą doma siedział, to było dla mie za dalek. My tak z ómą so siedzieli koło danki, co my ją mieli w jabka i orzechy przystrojone i śpiewali kolędy. Ómka to po niemiecku wiele znała, temu my je śpiewali razem z nią jako dzieci. Ale po polsku tyż.

– Po kaszubsku kolęd nie śpiewaliście? – zapytał chłopak, w którym zaiskrzyła iskierka nadzieji. Może jak dziadziuś się rozśpiewa, to mu się te weselne przyśpiewki przypomną.

– Nie, tak co my nie znali. Tera to śpiewają, ale tedy nie. Te niemieckie tyż były baro piękne. Co wieczór były zapalone na dance świeczuszki, a my dzieci, musieli stać wkoło i śpiewać kolędy. My naprzód śpiewali po polsku, a potem jak tam starszi chcieli. Ómka to najbardziej lubiła śpiewać o zielony choineczce. Ja to wcyg pamiętam. To szło tak – i Augustyn mocnym głosem zaśpiewał:

O Tannenbaum, o Tannenbaum,

Wie grün sind deine Blätter!

Du grünst nicht nur zur Sommerzeit,

Nicht auch im Winter, wenn es schneit.

O Tannenbaum, o Tannenbaum,

Wie grün sind deine Blätter!

– A ty znajesz niemiecki? – Krefta spojrzał pytająco na Macieja.

– Ja, eee nie… Nie za bardzo przepadam za tym językiem – usprawiedliwająco odpowiedział chłopak.

– Ja znajã, ja sie musiał nauczyć. To nie było take trudne, bo doch doma óma wiele po niemiecku gadała, bo ona tak po prawdzie była od tych Holendrów z Bielawy. A potem była wojna, to my wszyscy musieli po niemiecku umieć. Jinaczi to się nie dało.

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego